Poseł Stanisław Piotrowicz

22.10.2011

Rozmowa ze Stanisławem Piotrowiczem (PiS)

Źródło: www.krosno24.pl

Tekst z dn. 22.10.2011r. pt:” Posłowie i ich różne punkty widzenia”, autor: Adrian Krzanowski

Jak pan skomentuje wyniki wyborów?

- Jest zbliżony do tych sprzed 4 lat i to zarówno w skali krajowej, jak i w odniesieniu do Podkarpacia. Wielu tych samych parlamentarzystów z Prawa i Sprawiedliwości ponownie zasiądzie w ławach poselskich. Scena polityczna nie ulegnie bardzo istotnej zmianie, poza tym, że pojawiło się nowe ugrupowanie.

Istotnym jest, czy obecny styl rządzenia służy państwu polskiemu, czy Polska stała się państwem silniejszym, czy też traci swoją szansę na arenie międzynarodowej.

W jaki sposób miałaby tracić? Są budowane drogi, rozwiązania w infrastrukturze. Szary obywatel może powiedzieć, że przecież Polska się rozwija i urasta w siłę.

- Warto zainteresować się tym jak to jest budowane, jakość prac odbiega niejednokrotnie od standardów, nie są dotrzymywane terminy, a ceny są wręcz szokujące. Myślę też, że Polska osłabiła swoją pozycję na arenie międzynarodowej. W miłej atmosferze Polska nie uzyskała nic. Dobitnym przykładem tego jest budowa rurociągu północnego, który jest rozwiązaniem bardzo niekorzystnym dla Polski, ale jest to temat przemilczany. A ponad naszymi głowami załatwiane są interesy, które nie służą Polsce. W polityce międzynarodowej nie chodzi o to, by być poklepywanym po ramieniu i mieć dobrą prasę poza granicami, ale aby być skutecznym w realizacji celów własnego państwa. Słabość państwa widoczna jest chociażby w sposobie organizacji lotu prezydenta do Katynia, sposobu wyjaśniania katastrofy, sposobu sprawowania prezydencji, kiedy to przedstawicieli polskiego rządu nie dopuszcza się do ważnych posiedzeń unijnych, obrazuje to też sposób rozwiązywania sprawy Polaków na Litwie.

Może to tylko takie czarnowidztwo, bo kiedy wchodziliśmy do Unii Europejskiej, to prawa strona sceny politycznej mówiła, że się pogrążamy, nie będzie narodu, nie będzie Polski, że to kolejny rozbiór. Nic takiego się nie stało. Skoro ponad połowa społeczeństwa wybrała tę samą opcję polityczną, to może nie jest tak źle?

- Prawo i Sprawiedliwość od samego początku opowiadało się za przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej. Trzeba jednak mieć świadomość, że przystąpienie Polski do UE nie było tylko jednostronną korzyścią Polski. Gdyby tak było, to wątpię aby nas przyjęto. Korzyści są obustronne. Myślę, że nie wszyscy wiedzą, że w tym roku Polska wpłaci do Unii Europejskiej o 44,5 miliarda więcej niż otrzyma. W polityce międzynarodowej nie liczą się bowiem sentymenty tylko konkretne interesy. Widzimy jak poszczególne państwa zabiegają o swoje interesy w ramach wspólnoty europejskiej. Na tym tle Polska wypada bardzo słabo. Rząd nie podjął nawet próby obrony polskich stoczni przed likwidacją. Niemcy to skutecznie zrobili argumentując potrzebę dotacji do stoczni opóźnieniami komunistycznymi. Upadek stoczni pociągnął za sobą upadek około pięćdziesięciu innych polskich przedsiębiorstw w tym „Cegielskiego”. Polscy marynarze pływają pod obcymi banderami, bo tylko to im pozostało. Zlikwidowano polskie huty, cementownie, cukrownie, sprzedaje się nawet kopalnie węgla. Zamierza się sprzedać kopalnię miedzi i „Lotos” z najnowocześniejszą na świecie linią technologiczną. Sprzedano energetykę, a kolej rozłożono na spółki i spółeczki mimo iż na całym świecie obserwuje się proces odwrotny - w myśl zasady, że duży może więcej. Niepokoić musi też stan polskiej armii. Jej uzawodowienie w zasadzie sprowadza się do zaniechania poboru, w następstwie czego liczy ona obecnie około 83 tys. żołnierzy, podczas gdy policjantów mamy ponad 100 tys. Drastycznie spadły też nakłady na polską armię na co zwracają uwagę też nasi zachodni sojusznicy. Nadto lwia część nakładów kierowana jest na jednostki poza granicami Polski, które ze względu na rodzaj wyszkolenia i uzbrojenia są mało przydatne dla obronności kraju.

Są inne wydatki, trzeba się uporać z deficytem budżetowym, długiem publicznym, są potężne inwestycje infrastrukturalne przed Euro...

- No i właśnie widać, że nie jest jednak tak wesoło. Nigdy wcześniej dług publiczny nie narastał tak lawinowo, jak podczas rządów obecnej koalicji. Jestem przekonany, że gdyby taka sytuacja pojawiła się za rządów Prawa i Sprawiedliwości, to nie można byłoby się tłumaczyć kryzysem. Wtedy podniosłyby się głosy, że to wyjątkowa nieudolność rządu. W mediach nie dostrzega się, że coś złego dzieje się z gospodarką.

O wielu sprawach decyduje wolny rynek. A dług publiczny mamy jeden z najniższych w Europie, więc chyba nie jest tak źle?

- Dziś coraz częściej dochodzą głosy, że wolny rynek wszystkiego nie załatwi. Pojawiają się głosy o konieczności interwencjonizmu państwowego w pewnym zakresie. Nie można też nominalnie porównywać długu publicznego, trzeba go odnieść do produktu krajowego brutto, do przeciętnego wynagrodzenia za pracę. Można też powiedzieć, że ceny w sklepach mamy porównywalne, tylko o zarobkach tego powiedzieć nie można - tu dzieli nas wielka przepaść.

Społeczeństwo dało wyraz w wyborach, że jednak nie podziela takiego sposobu myślenia. Jak pan myśli, jakie są przyczyny porażki PiS w tych wyborach?

- Myślę, że w dużej części ludzie nie zdają sobie sprawy z realiów w państwie. Ale jak mają sobie zdawać sprawę, jeżeli media w większości nie pokazują otaczającej nas rzeczywistości w sposób obiektywny. Wszędzie w cywilizowanym świecie media kontrolują rządzących, co służy transparentności życia publicznego. W Polsce mamy do czynienia z ewenementem na skalę światową – media kontrolują opozycję.

Ale jest wolność mediów, różnorodność. Przecież jeśli ktoś jeden o czymś nie poinformuje, może to zrobić ktoś inny i tym samym zyskać.

- W Polsce media komercyjne w 90 procentach należą do kapitału obcego. Mam poważne wątpliwości czy są zainteresowane tym, by Polska rosła w siłę. Jest pan przekonany, że pracownik może inaczej zrobić niż sobie życzy jego mocodawca? Zmieniły się metody, dziś właściciel nie musi mówić co pan ma zrobić, wystarczy, że przyjdzie rano i powie, że coś go poirytowało wczoraj. Pracownik w lot pojmuje, czego szef od niego oczekuje. Gdy 2 lata temu jeden z koncernów kanadyjsko-brytyjskich chciał przejąć jeden tylko tytuł w Niemczech, to rozgorzała wrzawa, czy aby to nie zagraża niemieckiej racji stanu. U nas robi się wszystko, żeby społeczeństwo się nie interesowało polityką. Pokazuje się ją jako coś obrzydliwego, że wszyscy politycy są nieuczciwi. Zgoda, są tacy, ale w każdym zawodzie są ludzie szlachetni i wielcy, i są ludzie, którzy na to miano nie zasługują. A przecież polityka to jest troska o dobro wspólne, a podciąga się pod to słowo zwykłe partyjniactwo, a ja nie chcę w tym uczestniczyć. Mnie interesuje polityka jako tworzenie dobra wspólnego. To może brzmi górnolotnie, ale jako polityk chciałbym się troszczyć o rozwój mojego państwa i narodu. Część ludzi została zupełnie zniechęcona i dają temu wyraz, nie chodząc do wyborów. To jest 50 procent Polaków.

A czy ciągłe rozmawianie o katastrofie smoleńskiej w kontekście spisku nie zaszkodziło wynikowi wyborczemu?

- Ja świadomie nie podnosiłem tej kwestii w kampanii wyborczej, ani podczas tej rozmowy, dlatego, że chce się nam wmówić, że jesteśmy tylko partią jednego tematu. Ale skoro pan pyta to odpowiem. Wyjaśnienie katastrofy smoleńskiej to nie jest kwestia tylko ustalenia winnych. Jakkolwiek jest to ważne tym niemniej nie jest najważniejsze. Mówię to jako prawnik, który przez 30 lat takimi rzeczami się zajmował. Najważniejsza jest kwestia stanu państwa polskiego. Czy w którymś z nowożytnych państw mogłaby się taka katastrofa wydarzyć i czy się wydarzyła? To jest rzecz niebywała. A o tym jak przygotowano całą wizytę niech świadczy fakt, że w dokumentach wyznaczono lotnisko zapasowe, które jest zupełnie nieczynne. Czy w dobrze funkcjonującym państwie możliwe byłoby takie, a nie inne przygotowanie takiego lotu?

Ale może warto zamknąć już ten rozdział i budować Polskę dalej? Życia już nikt nikomu nie wróci, nikt też już nie chce słyszeć o sztucznej mgle.

- Tu pan ma rację, ale żeby sprawę zamknąć to trzeba ją wyjaśnić. Czy wyjaśniać mogą ci, którzy ponoszą chociażby moralną odpowiedzialność za to co się stało? Przedstawiciele rządu wielokrotnie wprowadzali opinię publiczną w błąd. Trudno zatem dziwić się, że zaczęły pojawiać się różne hipotezy. Według wersji rosyjskiej lansowanej niemal od dnia katastrofy jej przyczyną był błąd pilotów. Twierdzono tak, mimo iż nie przeprowadzono podstawowych badań. Jakkolwiek Komisja Jerzego Millera bazowała na ustaleniach rosyjskich, to stwierdziła, że piloci wcale nie zamierzali lądować, że na wysokości decyzyjnej 100 metrów podjęli decyzję „Odchodzimy”, wykonali też czynności, żeby samolot wzniósł się w górę, a samolot zaczął gwałtownie opadać. Nie wiemy co dalej się stało, bo strona polska nie dysponuje kompletnie żadnym dowodem. Komisja Millera, mimo jego zapewnień nawet nie dokonała oględzin wraku. Nie wykonano podstawowych czynności procesowych. Gdyby w Krośnie w sprawie dotyczącej włamania nie dokonano oględzin miejsca zdarzenia, to wszyscy prokuratorzy mieliby dyscyplinarki. Na ten temat się milczy. Jak można na nieprawdzie budować przyszłość?

Amerykanie przeprowadzili badania. Doskonale wiedzą, że na samolot zadziałały siły zewnętrze, które spowodowały gwałtowny spadek samolotu. Żaden z dziennikarzy się nie zająknął, mimo że była możliwość zadawania pytań. W katastrofie smoleńskiej zginęli generałowie NATO-wscy. NATO chciało się zainteresować losem swoich generałów, ale nikt nie wkroczy z działaniem, jeśli sobie tego nie życzy gospodarz, czyli polski rząd. Amerykanie zrobili zdjęcia satelitarne i przesłali je do Polski. Widać na nich, że po katastrofie przemieszczano fragmenty samolotu.

Bo może szukano ciał...

- Nie, przeniesiono tylny statecznik. To nie jest szukanie ciała. Dlaczego zaginęły te zdjęcia? Nie wiadomo gdzie one są. W Polsce wydarzyła się niespotykana w cywilizowanym świecie tragedia i nikt nie poniósł odpowiedzialności politycznej. A ci, którzy ponieść ją powinni, stanęli na czele komisji wyjaśniającej sprawę. Czy to są standardy światowe? Nikt nie powinien być sędzią we własnej sprawie.

Był pan senatorem, teraz jest pan posłem, będzie pan teraz działał dla dobra Polski, dla dobra wszystkich.

- Nikt inaczej nie powie, bo tak wypada. Ja tak mówię i mam czyste sumienie. Ja tam dla korzyści osobistych i materialnych nie jestem. Przyjąłem kiedyś to wyzwanie, nie robiąc nic w tym kierunku, żeby tam się znaleźć. Wręcz przeciwnie, odmawiałem trzykrotnie zgody na kandydowanie. Jest to bardzo wyczerpujące przedsięwzięcie, ale skoro tam jestem, to będę robił wszystko, co służy Polsce i Polakom. Myślę, że potwierdzeniem tych słów jest moja dotychczasowa aktywność parlamentarna.

Jak pan skomentuje decyzję Krajowej Rady Prokuratury o tym, że nie można łączyć mandatu poselskiego i senatorskiego ze stanowiskiem prokuratora czynnego, bądź też w stanie spoczynku?

- Stan prawny był kiedyś taki, jaki jest teraz. Przepis dotyczący niemożności łączenia stanowisk nie dotyczy prokuratorów w stanie spoczynku, czyli takich, którzy nie wykonują żadnych czynności zawodowych. To prokuratorscy emeryci.

Ja, gdy dostałem mandat senatora, byłem urzędującym prokuratorem, szefowałem prokuraturze. Na czas kampanii wyborczej wziąłem urlop bezpłatny, a po wygranych wyborach zrzekłem się zawodu. Nie byłem w stanie spoczynku, byłem czynnym prokuratorem, więc nie miałem dylematu, bo zrzekłem się zawodu w 2005 roku, ale mogę do niego powrócić.

Natomiast musi zastanowić fakt, że jeszcze we wrześniu Krajowa Rada Prokuratorów stwierdzała, że przepisy o niełączeniu stanowisk nie dotyczą prokuratorów w stanie spoczynku i było to stanowisko jednoznaczne [KRP wyjaśniła, że chodziło o okres kandydowania – przyp. red.], a dziś, po wyborach, gdy okazało się kogo dotyczy, to KRP w oparciu o ten sam stan prawny zmieniła stanowisko, że nie można łączyć mandatu. Przypuszczam, że we wrześniu jeszcze nie wiedzieli kogo po wyborach sytuacja może dotyczyć, a jak się dowiedzieli kogo, to zmienili zdanie. Chciałbym, żeby KRP wytłumaczyła się z tego.